Źródło: Pxhere

Biorezonans. Fizyka czy ezoteryka?

Biorezonans robi wrażenie. Prąd, guziki, pokrętła, liczniki, a nawet wyświetlacze albo podłączony komputer. Zaawansowany sprzęt diagnostyczno-terapeutyczny, a sama zasada działania oparta na solidnych podstawach fizycznych, można by pomyśleć. Na pewno? Niestety nie. Biorezonans nie ma skuteczności większej niż placebo, a nawet jego twórcy nie byli w stanie powiedzieć na jakich podstawach teoretycznych opiera się ta kontrowersyjna metoda. 

Rys historyczny

Technika biorezonansowa wywodzi się z opracowanej w 1920 w USA, przez Alberta Abramsa tzw. radioniki. Za opracowanie radioniki Abrams został „wyróżniony” przez Amerykańskie Towarzystwo Medyczne zaszczytnym tytułem „Dziekana szarlatanów XX. wieku”.
Radionika opiera się na teorii aury, energii życiowej, którą zakłócają procesy patologiczne, jeszcze przed ujawnieniem się choroby. Słabe pola magnetyczne mogą, według twórcy radioniki, przywrócić prawidłową aurę i zatrzymać chorobę zanim da pierwsze symptomy, lub wyleczyć ją jeśli już dała o sobie znać.
Radionika została “udoskonalona” przez niemieckiego lekarza i scjentologa Franza Morella oraz jego zięcia, inżyniera Ericha Rasche. Niemcy nadali zmodyfikowanej metodzie nazwę terapii MORA (od nazwisk MOrell, RAsche).
Franz Morell urodził się i zmarł we Frankfurcie nad Menem. Poza tym, że lekarzem i scientologiem, był również sierżantem podchorążym SS.

Zasada „działania”

Zacząć należałoby od tego, że w chwili opracowania radioniki i terapii MORA, nie miały one żadnej podstawy naukowej, a jedynym na czym się opierały była ezoteryka.
Nie wiem czemu „terapeuci” stosujący biorezonans opierają się na tezach z lat 20 XX. w. Naprawdę można by do tej metody wymyślić teorię bardziej przekonującą i rzeczywiście odwołującą się do praw fizyki. Nie zmieniło by to oczywiście nic w działaniu biorezonansu – nadal by nie działał, ale można by naciągnąć więcej ludzi.
Najwyraźniej dla bioenergoterapeutów nie ma to żadnego znaczenia, a ich łatwowierni klienci i tak kupują te brednie o naturalnych i patologicznych drganiach. Nie ma zatem potrzeby odwoływania się do bardziej skomplikowanych prawideł fizyki, bo już z tymi elementarnymi, które fizyką kwantową raczej nie są, zwolennicy biorezonansu najwyraźniej sobie nie radzą.

Jakbyśmy nie szukali, nie znajdziemy fachowej odpowiedzi jak miałby działać biorezonans. Aby opisać rzekomy mechanizm przetłumaczę Wam zatem informacje z niemieckiej akademii MORA: 1)Strona internetowa “Akademii MORA”
www.mora-akademie.org
Dostęp: 12.12.2018

„Terapia MORA używa naturalnych drgań organizmu, które odpowiadają jego aktualnej sytuacji fizjologicznej. Poprzez elektroniczne przetworzenie tych informacji i ich ponowne przesłanie do organizmu, staje się możliwym zmiana fizycznego, a co za tym idzie fizjologicznego stanu w ciele pacjenta i zapoczątkowanie procesów samo-leczenia.
Podobnie jak w przypadku elektroakupunktury, możliwa ocena informacji z zewnątrz (np. o lekach), przetestowanie ich tolerancji lub nietolerancji i przesłanie odpowiedniej informacji do ciała, przez co skuteczność terapii MORA dodatkowo wzrasta”

Akademia MORA


Gdyby patogeny rzeczywiście emitowały drgania, które można by zmierzyć przy pomocy sprzętu do biorezonansu, należałoby oczekiwać, że mogą być one przedstawione (tak jak wszystkie fale) w postaci graficznej. Nikomu, nigdy się to nie udało. Praktycy i zwolennicy biorezonansu twierdzą, że fale elektromagnetyczne wywołane chorobą są na tyle słabe, że nie da się ich odfiltrować od tzw. elektromagnetycznego promieniowania tła. Jeśli tak, to oczywiście nie może być mowy o zidentyfikowaniu „patologicznych” fal. Słowem, sam biorezonans nie może wykryć żadnej choroby. 
Innym nonsensem jest sam mechanizm postulowanej terapii falami elektromagnetycznymi. Biorezonans wysyła (w teorii) fale elektromagnetyczne, które niwelują „złe” fale. Nie chcąc wchodzić w szczegóły fizyki powiem tylko, że jest to kompletna bzdura. Rzeczywiście można „wyciszyć” falę falą przez zastosowanie zjawiska interferencji fal, ale biorezonans tego z pewnością nie robi.

Przyjmijmy, że rzeczywiście patogen wysyła falę o pewnych właściwościach. Kiedy wycelujemy w tę falę inną, w tzw. przeciwfazie jesteśmy w stanie ją wygłuszyć. Chwila… nie znamy przecież właściwości fali patogenu i nie jesteśmy przez to w stanie wyemitować fali odwrotnej. To nie byłby jeszcze być może największy problem. Nasze zdrowie nie jest przecież zaburzone rzekomym istnieniem tych fal. Problemem jest w końcu to, co te fale emituje – czyli podobno patogen (np. alergen, wirus, bakteria etc.). Wygaszając falę nie niszczymy przecież jej źródła. 
Dobrym przykładem będzie nadajnik radiowy: fale radiowe to również fale elektromagnetyczne. Doskonale wiemy, że takie fale można wyciszyć, odpowiednio dobraną falą w przeciwfazie. Ale czy niszczymy przez to nadajnik? Nie. Dopóki wysyłamy naszą zagłuszającą falę, nadajnik nie może skutecznie wysłać sygnału. Przestaniemy to robić, radionadajnik działa bez żadnej zmiany.


Ani twórcy, ani nikt kto zajmuje się biorezonansem nie jest w stanie powiedzieć o jakie fale rzeczywiście chodzi. Czasem mówią o drganiach (każde drganie emituje falę ale nie koniecznie jest to fala elektromagnetyczna), czasem o falach elektromagnetycznych a czasem o biofotonach.
Czyli mamy jakieś tam niepotwierdzone i nigdy niewykazane fale, albo drgania patogenu.
Jakąś tam teorie ich wyciszenia – słabą bo słabą (nie znamy np. frekwencji czy długości fali) ale mamy.
No i ostatecznie mamy magiczny mechanizm zniszczenia patogenu – znowu w żaden sposób nie wykazany, a w dodatku nawet bez teoretycznego podparcia. 
Jak z wieloma paramedycznymi metodami, tak i w tym przypadku nikt nie potrafi powiedzieć jak biorezonans jest zbudowany, jak miałby działać, czy jakie są jego podstawy biofizyczne. Po prostu działa, bo tak. Jednocześnie nieco bardziej rozgarnięci badacze wskazują na to, że język używany przez producentów biorezonansów, i “naukowców” przedstawiających tę metodę jako skuteczną, jest skomplikowany, sprawiający wrażenie, że biorezonans jest metodą bardzo naukową. Te bardzo skomplikowane opisy nie mają najmniejszego sensu. Posłużę się przykładem:

Biofizyczne procesy kontrolne są nadrzędne w stosunku do procesów biochemicznych. W ten sam sposób, w który procesy atomowe rezultują związkami chemicznymi, najsubtelniejsza biokomunikacja rezultuje procesami biochemicznymi. Sygnały sterujące tymi procesami mają charakter elektromagnetyczny. Sygnały zakłócające lub “energie zakłócające” również mają charakter elektromagnetyczny. Z tego powodu można je odprowadzić przez przewody i przekształcić w sygnały terapeutyczne za pomocą wyrafinowanych urządzeń elektronicznych. Celem jest oczyszczenie patologicznego komponentu sygnału. 

Brügemann H

Na prostym człowieku taki tekst robi efekt “wow … mądrze gość mówi, zna się na tym”. Ale co mówi ten skomplikowany, “naukowy” tekst? Ludzie wytwarzają pole elektromagnetyczne które może być zaburzone. Te zaburzenia można zarejestrować, oczyścić i wyleczyć przez to pacjenta. 
Pomijając fakt, że jest to nieprawdą, to cel jest oczywisty: przytłoczyć pacjenta naukowym językiem i jeszcze w zarodku zdusić wątpliwości w skuteczność terapii. 
Powyższy przykład pochodzi z publikacji prof. medycyny alternatywnej Edzarda Ernsta 2)E. Ernst
Bioresonance, a Study of Pseudo-Scientific Language.
Complementary Medicine, Peninsula Medical School, Universities of Exeter & Plymouth, UK
. Ernst zajmuje się medycyną alternatywną, która rzeczywiście mogłaby być włączona do kanonów medycyny klasycznej, jednocześnie ostro krytykując metody niosące potencjalne zagrożenia (takie jak biorezonans czy homeopatia). Zainteresowanych zachęcam do zapoznania się z innymi przykładami “naukowej” paplaniny opisanej przez  prof. Ernsta, ale również do zagłębienia się w jego działalność, w tym w spór z księciem Karolem (o homeopatię właśnie). 

Wracając do biorezonansu – nawet najnowocześniejsze metody nie wykazały mierzalnych drgań indukowanych chorobą (dodam, że dostępny sprzęt to konstrukcje warte miliony dolarów, a nie warte kilkaset złotych skrzyneczki z kilkoma pokrętłami i miedzianymi płytkami na kabelkach). 
Nie oznacza to, że nasz organizm nie generuje żadnego promieniowania.
Dzisiaj wiemy, że każdy organizm żywy rzeczywiście posiada swego rodzaju „aurę”, w postaci tzw. ultrasłabej spontanicznej emisji fotonów. Mówiąc po ludzku, człowiek świeci. Światło to jest oczywiście niezwykle słabe i niewidzialne dla oka. Istnieją jednak specjalne kamery CDC czy fotopowielacze, które tę fluorescencję mogą zarejestrować.
O emisji fotonów (lub tzw. biofotonów) przez człowieka wiadomo ciągle bardzo mało, ale istnieje wiele ciekawych teorii o tym, co powoduje, że świecimy, jakie funkcje może pełnić to świecenie i jak może być wykorzystane w medycynie.

Pewnym rodzajem niewidzialnej, ale mierzalnej „energii” organizmu jest pole elektromagnetyczne. W medycynie korzysta się z faktu, że pobudzenie każdej komórki (zwłaszcza mięśniowej i nerwowej) powoduje mierzalne zmiany w polu elektromagnetycznym na powierzchni naszego ciała. Te wahania mierzy się np. w badaniach takich jak EKG czy EEG.
Jako ciekawostkę dodam, że przeprowadzono również badania nad odwrotnym EEG, w których poprzez stymulacje mózgu polem elektromagnetycznym, wywołano u uczestnika badania odczucia wizualne (to zjawisko bada się w nadziei, że możliwe jest przekazywanie myśli przy pomocy stymulacji elektromagnetycznej)

Dlaczego pacjenci twierdzą, że biorezonans działa?

Tak jak homeopatia, biorezonans opiera się na efekcie placebo. „Skuteczność” biorezonansu zależy zatem głównie od nastawienia pacjenta i od wiedzy terapeuty. Wiele schorzeń „wykrywanych” przez biorezonans można z dużym prawdopodobieństwem wykryć gołym okiem. Jeżeli terapeuta ma duże doświadczenie w pracy z chorymi, to jest w stanie zawęzić krąg możliwych schorzeń na podstawie wywiadu i obserwacji. Kto miał do czynienia z biorezonansem, ten wie, że poza sesjami z urządzeniem, terapeuta sporządza całą listę zaleceń dietetycznych. Często sprowadza się to do radykalnej zmiany diety i stylu życia, co bezpośrednio przekłada się na poprawę samopoczucia i stanu zdrowia.
Podobnie jak w przypadku homeopatii biorezonans niesie za sobą ryzyka. Pacjentowi przedstawia się tę metodę jako wysoce-skuteczną, podpartą latami badań i doświadczeń. Buduje się zaufanie pacjenta, co z całą pewnością podnosi efekt terapeutyczny, ale jest niebezpieczne. Pacjent rezygnuje z porad lekarskich i sprawdzonego monitorowania stanu swojego zdrowia, na rzecz metody o skuteczności przypominającej rzut kostką do gry. Terapeuta albo wyrzuci 6 i trafi z diagnozą, albo dowolną inną liczbę i poda diagnozę błędną.
Co ciekawe, nie zdarzy się raczej, że terapeuta diagnozy nie postawi – decydując się na biorezonans trzeba pogodzić się z tym, że z gabinetu wyjdziemy z długą listą chorób i schorzeń. Klasyką jest wykrycie: chronicznego zmęczenia, alergii pokarmowych, chlamydii, boreliozy, podrażnienia/zapalenia jelit, niedoborów mikroelementów i witamin etc.
„Leczenie” biorezonansem do tanich nie należy. Koszt konsultacji, sesji biorezonansu i suplementów to często setki (o ile nie tysiące) złotych. Na zakończenie leczenia na ogół zostanie nam polecone wykupienie lub wypożyczenie urządzenia do domu.

Jeżeli ktoś ma nadmiar pieniędzy i chce się przekonać, że biorezonans jest zwykłym naciąganiem, proponuje umówić się na konsultacje niezależnie w dwie osoby (np. z partnerem). Najlepiej w tym samym dniu, ale o innej godzinie. Z wielkim prawdopodobieństwem diagnoza i zalecenia dla obydwu osób będą identyczne.


Badania

Jak to w przypadku metod pseudonaukowych bywa, pseudonaukowcy w badaniach potwierdzają skuteczność biorezonansu, a naukowcy i lekarze mówią wyłącznie o placebo. Postanowiłem nie przytaczać tutaj żadnych badań i nie analizować ich. Byłaby to strata czasu. Gdyby działanie biorezonansu miało faktycznie jakiekolwiek podstawy naukowe, napisałbym o badaniach coś więcej.
Roztrząsanie badań nad biorezonansem, to jak zawracanie sobie głowy skutecznością przelewania jajka nad głową w leczeniu nowotworów.
Jeżeli ktoś mimo wszystko jest zainteresowany badaniami w tym zakresie, to zostały one przeprowadzone przez niezależnych naukowców i są do namierzenia w internecie.
W badaniach ustalono między innymi, że biorezonans wykrywa choroby słabiej niż lekarz „na oko” – wywiadem i badaniem fizykalnym.
Wykrywalność alergii biorezonansem jest również porównywalna z tym, co można ustalić na podstawie wywiadu.
Badania wykazały, że biorezonans może pomóc w rzuceniu palenia. Jest to efekt którego można by się spodziewać i który potwierdza, że biorezonans działa wyłącznie na naszą psychikę.

Przypisy   [ + ]

1. Strona internetowa “Akademii MORA”
www.mora-akademie.org
Dostęp: 12.12.2018
2. E. Ernst
Bioresonance, a Study of Pseudo-Scientific Language.
Complementary Medicine, Peninsula Medical School, Universities of Exeter & Plymouth, UK

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o